Wczoraj przydarzyła mi się smutna sytuacja. Otóż, tak... będąc pijanym (podkreślę, że mocno), nie za bardzo patrzyłem na zegarek i zwracalem uwagę na fakt, że mam czas tylko do ostatniego busa do Czerwieńska (22:40). Jednak okej; mam 10 minut jeszcze, jestem niedaleko przystanku - dam radę. Niestety... Zahaczając po drodze o BWA, spotkaliśmy (bo byłem z Młynarskim xD) Złote Dziecko i jakichś tam randomów-pijaczków. Gadu, gadu i oczywiście, jak wspomnialem wcześneij, nie zwracając uwagi na czas, okazało się, że mam tylko 2 minuty. Szybki bieg na przystanek nie pomógł - bus odjechał zanim go zobaczyłem. Więc co robić? Spać w Zielonej u kogoś? Znowu? Znowu umierając z głodu i fakt faktem się męczyć w nie swoim domu? Stwierdziłem więc, że jednak lepiej, jak wyruszę na piechotę. Pomysł głupi jak 150 :D 14 kilometrów może nie jest dość wysoką liczbą, jednak przyznam szczerze - nie lubię bawic sie w długie wędrówki. Przynajmniej nie w takim stanie, w jakim się wtedy znajdowałem. Ale ok. Pożegnanie z Młynkiem i heja do przodu. Podróż powinna mi zająć maksymalnie 2 godziny. Nie raz się wracało z buta; jednak podkreślę, że nigdy nie byłem aż w takim upojeniu alkoholowym. Byłem nie raz zbakany, podpity, nie wiem... naćpany jakimiś gównami spidującymi (wtedy akurat podróż mijała baaaardzo przyjemnie ^^), ale to już przesada. Kiedy udało mi się dotrzeć do Przylepu, a zajęło mi to trochę więcej czasu, miałem juz kompletnie dość. Siły witalne zredukowane do zera, nogi już bardziej szurają po ziemi, niż sie unoszą i takie tam. Próbowałem też w rozpaczy łapać stopa. Stwierdziłem już, że mogę nawet bełkotać i pieprzyć kierowcy jakieś 'alkoholowe' bzdury, no ale po raz kolejny - niestety... Nikt się nie zatrzymywał, nawet w Płotach ani na końcu Czerwieńska. Pamiętam tylko tyle, że w domu byłem jakoś po drugiej w nocy (tak...), mamuśka była lekko mówiąc wkurwiona, a ja... Zjadłem szybko odgrzewaną pizzę i momentalnie, padając twarzą na łóżko, zasnąłem, po czym chwilę później (po 'szybkich' 10h snu) wstałem, w mega kiepskim stanie. Nogi do tej pory mnie bolą :D
Hm. Co mnie skłoniło do opisania tego właśnie przypadku i przemyśleń na temat ogólnego tematu 'Spóźnianie sie na ostatni autobus'? Może to, że jak pisałem powyżej, nigdy nie byłem tak 'porobiony'. Od tej pory z premedytację apeluję, że zawsze będę pilnował się ostatniego busa - nocki poza domem są złe (tymbardziej jak o szóstej rano wychodzisz już na autobus powrotny, a potem śpisz cały dzień w domu), inne rzeczy związane z nocowaniem też (choć fakt, że czasami wydarzy się coś powyżej normy). Jakie? No nie wiem... np. fakt, że będąc ostro wciętym, idziesz, idziesz, idziesz... Droga się dłuży niemiłosiernie, a Ty zamiast dalej iść, najlepiej byś jebnął dupą na jakąś mięciutką sofę, włączył tv i wypił kolejnego zimnego browarka, na sen... W zwiazku z tym szukasz jakichś zajęć? Głupio mi mówić, ale mi zdarzały się w połowie drogi myśli typu: "Hm... A może by tak obrabować sklep? Na takich wiochach pewnie będzie to łatwe... Najem się za darmo, zabiorę kilka paczek petów i spierdolę."... Albo: "Może tak zajumać jakieś auto? Pobawię się kabelkami i pojadę sobie do domu."... No ogólnie było ich trochę. Były też takie krzywe i żałosne, jak po prostu myśl zrobienia w ogóle nieśmiesznych żartów, typu: "Zabiorę sobie ten znak drogowy!", lub "A rzucę kamieniem w tą szybę i zwieję zanim ktoś się zorientuje...". Taak. Także złota myśl notki; nie polecam w ogóle samotniej podróży po ogromnej dawce alkoholowej przez kilkanaście kilometrów. Siada na dekiel, możesz narobić sobie przypału i oczywiscie zmęczysz sie okrutnie tak, że na drugi dzień masz coś w stylu podwójnego kaca z zakwasami jak po jakimś maratończym biegu.
Hell yeah, punkt dla mnie.
Hahahahah Biniol założył blogaska! ;333
OdpowiedzUsuń