czwartek, 23 grudnia 2010

Zasada odwrotności

Wieczorne pogawędki przez komunikatory mają to do siebie, że stwarzają ciekawe, czasami absurdalne konwersacje. Dzisiejsza jednak zrodziła dość intrygującą i jak potem stwierdziłem we wlasnym umyśle - faktyczną zasadę na temat sylwestrowych melanży i ich dalekosiężnych skutków.


ZASADA ODWROTNOŚCI:
Można rzec, że to również i teoria - każdy może odebrać ją inaczej, zdania mogą być podzielone, jednakże na chwilę obecną owa zasada wydaje się działać. Mianowicie - jeśli sylwestrową imprezę spędzamy na spokojnie, kulturalnie czy jakkolwiek to nazwać, z mniejszą ilością alkoholu niż jest to ustalone w światowym standardzie (o tym w innej notce) i ograniczeniem innych używek do minimum (lub do zera), okazuje się, że następny rok wcale nie musi - ba - w ogóle nie będzie czasem spokojnego i harmonijnego życia. Wręcz przeciwnie - można spodziewać się samych przykrych sytuacji, niepowodzenia w rożnych sferach. I tak samo to działa w drugą stronę - jeżeli impreza jest po prostu hardym melanżem, jazdą bez trzymanki i jakichkolwiek ograniczeń, następny rok będzie obfitował w cieszące wydarzenia, osoby i inne same pozytywne doznania (^^). Na domiar tego, ta jedna noc, koncząca i zaczynająca nowy rok i sposób, w jaki się ją spędzi - przekłada się na życie towarzyskie, zawodowe i praktycznie na każdy inny aspekt życia.
 Tak dla realności owej zasady dodam, że jako że probowałem zeszłoroczny sylwester spędzić na spokojnie, skończyło się to dla mnie - dosłownie kilka minut przed północą - upadkiem z 10 schodów w dół. Kark dopiero od kilku miesięcy zaczyna, coraz bardziej oczywiście, się regenerowac :)

Także chyba już wiecie jak musicie spedzic tegorocznego sylwestra. I nie, żebym namawiał do ostrej najebundy z dużą ilością zielska i innych specyfików umilających ten czas, o nie nie :)

                                                                                                                                            By Erwin W.

poniedziałek, 11 października 2010

Ostatnie naście

... zaczęte w świetnym humorze. Co wam powiem? To, że jest cudownie. Znalazlem to, co chcialem znależć. Są odpowiedzi, są cele, wszystko ułożone. Może za dużo piję, ale w koncu dzisiaj robię sobie zapychacze w życiu i siedzę w domu; nigdzie się nie ruszam, telefon wyłączony, komunikator na kompie również. Przez ostatni miesiac nie mialem za bardzo czasu pobyć sam, a jak zauwazylem... bardzo mi tego brakuje ^^ Czas odpocząć psychicznie od tego całego zgiełku, zamieszania, jakie się dzieje poza domem [a poza którym bylem praktycznie cały czas - dosłownie].

http://www.youtube.com/watch?v=sd1IfDN6VKY&feature=artist !!! :D

poniedziałek, 4 października 2010

Utworki

Naszła mnie rozkmina, jak to jest, że czasami - raz rzadko, a raz często, zaleznie od ilości sytuacji - jakiś utwór, a raczej tekst (i muzyka jako soundtrack w tle :D) wygląda jak z waszego życia? Dziwna sprawa. Mam tak często, a kiedy później, nawet do kilkunastu miesiecy, włączę takowy utwór, od razu mam flashbacki tego wydarzenia/czasu, kiedy dana sytuacja miala miejsce, a tekst jest no po prostu wyjęty z naszego życia. Tym razem pasuje Alesana - Apology. Genialny tekst - i prawdziwy. Za kilka miesięcy, jak bede chciał powspominać tą sytuację, włączę sobie ten utwór ^^

i oczywiście, FBowa wyrocznia -.-
"to nie miało tak wyglądać. mieliśmy zostać przyjaciółmi, nawet najlepszymi. mieliśmy mówić sobie wszystko. miałam uwielbiać Ciebie i ze wzajemnością, ale nie kochać. po naszym rozstaniu miała nastać idealna przyjaźń, na wiele lat. więc dlaczego nienawidzisz mnie, a ja nienawidzę Ciebie?"

środa, 29 września 2010

Arcykapłanka, Wieża i Rydwan

Każdy zna Facebook'a. Nie ukrywam, że wciągnałem się w niego jak nikt. Potrafię odswieżać stronę główną kilkanaście razy na minutę tylko po to, żeby nie zobaczyć żadnego nowego posta (no, czasami zdarzy się jeden czy dwa). Co ma takiego w sobie? No właśnei sam do końca nie wiem. Wcześniej ten cały portal tyrałem non stop. Potem w niego wpadłem... xD
 Do czego zmierzam? Otóż jak wiadomo, FB ma aplikacje, które albo przez róznorakie quizy, albo losowo generuje ci jakiś tam tekst, zależnie od tego, o czym dana aplikacja jest. Z nudów rzecz jasna, uruchomiłem kilka godzin temu "Tarot". Można było zadać tylko jedno pytanie, po czym wyskakiwała kombinacja trzech kart symbolizujących następująco: przeszlość, teraźniejszość i przyszłość. Żeby nie było - w cuda niewidy nie wierzę, w taroty i inne pierdoły również, jednakże... Czemu przeważnie (a w moim przypadku na FB zawsze wychodzi PRAWDA ^^) udaje nam się to przypasować do tego, co w naszym życiu się dzieje/działo? Nie wiem, ale i tym razem tak było.
 Nie bez powodu tytuł brzmi jak brzmi. Są to nazwy kart, jakie mi wyszły. I teraz:

Przeszłość - Arcykapłanka:
Ogólne znaczenie karty:
Karta ta jest kojarzona z uczuciem miłości do drugiego człowieka, a przede wszystkim ze zrozumieniem dla jego problemów. Oznacza też wrażliwość i intuicję, pójście za głosem serca. To wrażliwa, łagodna kobieta, która kieruje się intuicją, doradczyni duchowa, matka, żona, osobowość uległa, ugodowa, osoba, która zgłębia nauki ezoteryczne, nauczycielka, lojalna, oddana przyjaciółka, zakonnica, opiekunka.

Możliwe interpretacje:
Wskazuje na podejmowanie decyzji, bez wcześniejszego rozpoznania istoty rzeczy, na błędy, które wychodzą na jaw, bo wcześniej nie rozpoznałeś problemu. Budujesz świat tylko dla siebie, oprócz ciebie nikogo tam nie ma. Musisz otworzyć się na innych nie oczekując nic w zamian. Obserwuj procesy zachodzące wokół siebie, zwróć się ku swojemu wnętrzu i zaufaj swojej naturalnej wiedzy. Człowiek, którego określa ta karta, ma nieustanne poczucie beznadziejności, nękają go obsesyjne myśli, nałogi. Odwrócona Kapłanka nie rozpoznaje własnych potrzeb. Ignoruje je. Nie lubi siebie, zatem przebywanie z nią jest podszyte frustracją. Konieczność nieustannego poświęcania się na rzecz rodziny bywa, owszem, wygodna, lecz jękliwe domaganie się uznania – żałosne i męczące. Długotrwałe stresy spowodowane brakiem spełnienia wywołują u niej depresję, a w następstwie – często – chroniczne dolegliwości.
Jeśli pytający jest mężczyzną, karta ta wskazuje na obecność kobiety, która zniewala go emocjonalnie (toksyczny związek lub toksyczna matka).
Nadmierna uległość, pasywność, dewocja lub rozwiązłość, nieśmiałość, introwertyzm, strach przed rzeczywistością, duchowa pustka, zamykanie się w sobie, schizofrenia, niestabilność emocjonalna, chłód, zbytnie poświęcanie się dla innych, płytkość, zła ocena danej sytuacji, niepewność, niechęć do rozwoju w sferze zawodowej.
 

 True, true. Podsumowanie ostatnich kilku miesięcy. No ale lecim dalej:

Teraźniejszość - Wieża:
Ogólne znaczenie karty:
Ta karta jest jedną z bardziej złowróżbnych kart tarota, reprezentuje wieżę która się rozpada, burzy wszystko co widzi w koło. Wieża ta niespodziewanie spada na nas siejąc zniszczenie. Karta ta mówi o stracie majątku o problemach uczuciowych, wróży także poważna chorobę, Symbolizuje również rozpacz po utracie kogoś lub czegoś ważnego. 

Możliwe interpretacje:
Bardzo złowróżbna karta. Karta zapowiada rychły upadek na skutek błędów popełnionych w minionym czasie. Jeżeli poczyniłeś jakieś inwestycje, możesz wszystko stracić. Związek rozpadnie się z wielkim hukiem. 

Ale, że związku nie ma, interpretuję to bardziej jako relację z kimś ważnym. Więc true, true one more time.

Przyszłość - Rydwan:
Ogólne znaczenie karty:
Karta Rydwanu dotyczy zamierzeń i dążenia do ustalonego celu. Symoblizuje osobę prowadząca bardzo aktywny tryb życia: sportowiec, kierowca, przedsiębiorca, wykazujący inicjatywę, przywódca, osoba pracowita, doręczyciel wiadomości; podróż

Możliwe interpretacje:
Sukces, zwycięstwo, sprzyjające okoliczności, nowy etap w życiu, podróż, męska seksualność, intensywny okres w życiu, przyspieszenie rozwoju sytuacji, przebojowość, dynamizm, inicjatywa, postęp, zmiana miejsca zamieszkania, przeprowadzka, duży wysiłek fizyczny. Ta karta sugeruje, że jesteś gotowy wyruszyć w podróż, zmagać się z nieznanym i zdecydowanie przeć do sukcesu. Masz moralne prawo i moc, aby podjąć wyzwania jakie czekają Cię w tej podróży. Oznacza zdecydowaną wolę działania w celu osiągnięcia wyznaczonych i podjętych celów. Zdobyłeś doświadczenie, umiesz przystosować się do każdej sytuacji, nie boisz się konfrontacji z tym co nieznane.
Wokół Ciebie mnóstwo informacji i nowych wiadomości. Czeka Cię ważna rozmowa. Dużo spraw do załatwienia. Zapowiedź jakiś poważnych zmian struktury firmy, zarządu, produkcji. Nie licz więc na spokój i odpoczynek. Możliwe wyjazdy służbowe i prywatne.

Dziwna sprawa, bo to też wygląda na 'true, true', bo dokładnie dziś, kilka godzin przed uruchomieniem aplikacji - nastapił ogromny przełom dotyczący moich decyzji na temat przyszłości, postanowień, celów. W życiu edukacyjnym, emocjonalnym i relacyjnym. 

 Enyłej. Oczywiście, że nie biorę tego proroctwa na poważnie, jednakże nie ukrywam, że dodaje otuchy fakt, że jeśli opisy przeszłości i teraźniejszości się w 85% zgadzają, przyszłość również może taka być. A myśląc dziś o tym wszystkim, planując i podejmując świadome wybory, właśnie na takie coś się nastawiałem i tak się czułem. Ciekawa sprawa. Jaki wniosek? Facebook jest wyrocznią, mówię wam :D
 A tak serio, zaczynam nowy etap w życiu :)

czwartek, 23 września 2010

Dzień spod znaku tych legendarnych

Są dni, czy też momenty, które człowiek po jakimś czasie zaczyna opowiadać słowami: "Hej, a pamiętacie dzień, kiedy...?". Sądzę, że jeśli chodzi o mnie, takowy nastąpił dwa dni temu. Ludzie będą o nim mówić dłuuuugo dłuuuugo jak mi się wydaje. Niemniej, złamałem żelazną blokadę NIEzygania (od stycznia 2010) i NIEzgonienia (też od stycznia 2010). Fakt faktem, ostatnimi czasy piję bardzo dużo i jak zauwazyłem, praktycznie codziennie. Tamtego dnia, wypiłem aż za dużo; drugiej połowy tego, co piłem - po prostu nie pamiętam. Z opowieści wiem tyle, że leżałem później na sofie, chciałem się obrócić i... wyjebałem w stolik przed. Spadł z niego kieliszek, rozbił się na ziemi (dobrze, że stół się nie rozwalił -.-) i momentalnie, w jednej sekundzie... zacząłem żygać, pod siebie. Kolega złapał mnie w pół i prowadził jak najszybciej do kibla. Po drodzę, jak się potem znowu okazało, nażygalem mu do butów, oczywiście niespecjalnie. Moim celem była wanna - dużo miejsca, dużo przestrzeni i innych fajnych rzeczy, ułatwiających zwrot tego, co sie jadło wcześniej -.- Kiedy w końcu stwierdziłem, że to już koniec, podniosłem głowę, spojrzałem w lustro - twarz cała we krwi (przynajmniej tak to pamiętam; jak sie później okazało, musiałem się rozciąć po prostu kieliszkiem). Kiedy zostalem wytarty i odprowadzony do łóżka, zasnąłem od razu. Wstałem na oko jakies 12 godzin później, trzeżwy, na meeega wyjebaniu (NIGDY nie mam kaca, także tego słowa nie użyję :D).
 Jakie szkody spowodował mój legendarny zgon?
 - lewa strona twarzy do tej pory mnie boli; wygląda i 'zachowuje się' na stłuczoną
 - jakieś dziwne rozciecia na nosie i poliku
 - ożygane buty kumpla
 - ożygane własne skarpetki
 - ożygana koszulka
 - ożygana podłoga, od salonu do łazienki
 - kumpel nie poszedl do szkoły przeze mnie, więc... przypał z rodzicielką
 - rozbity kieliszek

I w sumie nie wiem... Wiem tyle, jak już dawkować alkohol, żeby JUŻ NIGDY nie zezgonić. Całe Winobranie obyło się bez niego, także chyba nie jest potrzebne. Koniec konców tak... Ten dzień będzie dniem, o którym opowiadanie zacznie się od "Hej, słyszeliście o dniu, w którym Biniol nażygał Fórze do butów i narobił przypału?". Oczywiście przypał to nic. Tutaj chodzi o LEGENDARNOŚĆ. Niby nie ma sie czym chwalić, jednak tak, to jest wyczyn. Be NICE and AWESOME, guys.

piątek, 17 września 2010

Przepis na udany poranek

Ciężką pracą, obserwacjami i takimi tam doszedłem, w końcu [!] do tego, jak powinien wyglądać idealny poranek każdego dnia.
 Od czego zaczynamy? Przede wszystkim od idealnie odmierzonych ośmiu godzin porządnego, spokojnego snu. Wstajemy, trochę rozleniwieni, to fakt, ale przede wszystkim wypoczęci. Ważne jest, by mieć na dany dzień przygotowane już jakieś plany. Czym ciekawsze, tym większy jest pozytyw. Co dalej? Robimy sobie lekkie, łatwo przyswajalne żarełko - w tym wypadku polecam np. trzy dobre kromki z żółtym serem i jajecznicę, w moim przypadku z trzech jajek. Kiedy ją spożytkujemy, zaparzamy mocną czarną kawę. Jest gotowa? Wtedy zapuszczamy ten oto utwór -> http://www.youtube.com/watch?v=gJ0Yd-Pburs . Kiedy się zaczyna, my natomiast zaczynamy sączyć kawę. Sama kawa daje "power up'a". Z tym utworem nasz pałer rośnie i mnożony jest nawet trzykrotnie [to nie blef :D]. Podśpiewując, siorbiąc dobrą kawkę i nastawiając się na kolejny dzien pełen przygód - nie ma chuja we wsi, musi być dobrze.
 Osobiście stosuję tą metodę od kilku dni i naprawdę, jestem zadowolony.You give love a bad name! :D

wtorek, 14 września 2010

Dlaczego warto zdążyć na ostatni autobus?

Wczoraj przydarzyła mi się smutna sytuacja. Otóż, tak... będąc pijanym (podkreślę, że mocno), nie za bardzo patrzyłem na zegarek i zwracalem uwagę na fakt, że mam czas tylko do ostatniego busa do Czerwieńska (22:40). Jednak okej; mam 10 minut jeszcze, jestem niedaleko przystanku - dam radę. Niestety... Zahaczając po drodze o BWA, spotkaliśmy (bo byłem z Młynarskim xD) Złote Dziecko i jakichś tam randomów-pijaczków. Gadu, gadu i oczywiście, jak wspomnialem wcześneij, nie zwracając uwagi na czas, okazało się, że mam tylko 2 minuty. Szybki bieg na przystanek nie pomógł - bus odjechał zanim go zobaczyłem. Więc co robić? Spać w Zielonej u kogoś? Znowu? Znowu umierając z głodu i fakt faktem się męczyć w nie swoim domu? Stwierdziłem więc, że jednak lepiej, jak wyruszę na piechotę. Pomysł głupi jak 150 :D 14 kilometrów może nie jest dość wysoką liczbą, jednak przyznam szczerze - nie lubię bawic sie w długie wędrówki. Przynajmniej nie w takim stanie, w jakim się wtedy znajdowałem. Ale ok. Pożegnanie z Młynkiem i heja do przodu. Podróż powinna mi zająć maksymalnie 2 godziny. Nie raz się wracało z buta; jednak podkreślę, że nigdy nie byłem aż w takim upojeniu alkoholowym. Byłem nie raz zbakany, podpity, nie wiem... naćpany jakimiś gównami spidującymi (wtedy akurat podróż mijała baaaardzo przyjemnie ^^), ale to już przesada. Kiedy udało mi się dotrzeć do Przylepu, a zajęło mi to trochę więcej czasu, miałem juz kompletnie dość. Siły witalne zredukowane do zera, nogi już bardziej szurają po ziemi, niż sie unoszą i takie tam. Próbowałem też w rozpaczy łapać stopa. Stwierdziłem już, że mogę nawet bełkotać i pieprzyć kierowcy jakieś 'alkoholowe' bzdury, no ale po raz kolejny - niestety... Nikt się nie zatrzymywał, nawet w Płotach ani na końcu Czerwieńska. Pamiętam tylko tyle, że w domu byłem jakoś po drugiej w nocy (tak...), mamuśka była lekko mówiąc wkurwiona, a ja... Zjadłem szybko odgrzewaną pizzę i momentalnie, padając twarzą na łóżko, zasnąłem, po czym chwilę później (po 'szybkich' 10h snu) wstałem, w mega kiepskim stanie. Nogi do tej pory mnie bolą :D
 Hm. Co mnie skłoniło do opisania tego właśnie przypadku i przemyśleń na temat ogólnego tematu 'Spóźnianie sie na ostatni autobus'? Może to, że jak pisałem powyżej, nigdy nie byłem tak 'porobiony'. Od tej pory z premedytację apeluję, że zawsze będę pilnował się ostatniego busa - nocki poza domem są złe (tymbardziej jak o szóstej rano wychodzisz już na autobus powrotny, a potem śpisz cały dzień w domu), inne rzeczy związane z nocowaniem też (choć fakt, że czasami wydarzy się coś powyżej normy). Jakie? No nie wiem... np. fakt, że będąc ostro wciętym, idziesz, idziesz, idziesz... Droga się dłuży niemiłosiernie, a Ty zamiast dalej iść, najlepiej byś jebnął dupą na jakąś mięciutką sofę, włączył tv i wypił kolejnego zimnego browarka, na sen... W zwiazku z tym szukasz jakichś zajęć? Głupio mi mówić, ale mi zdarzały się w połowie drogi myśli typu: "Hm... A może by tak obrabować sklep? Na takich wiochach pewnie będzie to łatwe... Najem się za darmo, zabiorę kilka paczek petów i spierdolę."... Albo: "Może tak zajumać jakieś auto? Pobawię się kabelkami i pojadę sobie do domu."... No ogólnie było ich trochę. Były też takie krzywe i żałosne, jak po prostu myśl zrobienia w ogóle nieśmiesznych żartów, typu: "Zabiorę sobie ten znak drogowy!", lub "A rzucę kamieniem w tą szybę i zwieję zanim ktoś się zorientuje...". Taak. Także złota myśl notki; nie polecam w ogóle samotniej podróży po ogromnej dawce alkoholowej przez kilkanaście kilometrów. Siada na dekiel, możesz narobić sobie przypału i oczywiscie zmęczysz sie okrutnie tak, że na drugi dzień masz coś w stylu podwójnego kaca z zakwasami jak po jakimś maratończym biegu.
 Hell yeah, punkt dla mnie.